#45 jak ostatni rok zamieszał mi w życiu

minął już rok

 

Pew­nie każdy z Was cza­sami siada, w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie dnia i dopada go wspo­mnie­nie. Takie, które pamię­ta­cie tak dobrze, jakby miało miej­sce kilka dni temu. Następ­nym kro­kiem w toku myśle­nia każ­dego czło­wieka jest przy­po­mnie­nie sobie, kiedy to wła­ści­wie się działo. I ten moment szoku kiedy wyda­wało Wam się, że to to prze­cież cał­ko­wi­cie nie­dawno, a potem tak patrzy­cie na kalen­darz (hehe, kto patrzy na kalen­darz w dzi­siej­szych cza­sach? Wia­domka, że cho­dzi o tele­fon) i zda­je­cie sobie sprawę, że minął już rok. I sie­dzi­cie mniej wię­cej z taką miną:

Dzi­siaj tro­chę chcia­łam się poroz­wo­dzić na temat wła­śnie takiego zja­wi­ska. Nie, nie będzie to sen­ty­men­tal­nie napa­ko­wany, niczym tort z żel­kami, post o prze­mi­ja­ją­cym cza­sie. Momen­tami może się zro­bić nawet bar­dzo filo­zo­ficz­nie, ale nie, nie poszłam na kolejne stu­dia i nie zamie­niam się w Ary­sto­te­lesa. Cho­ciaż, ten gość był wszę­dzie i na wszyst­kim się znał, więc w sumie…

Nigdy nie sie­dzia­łam i nie zasta­na­wia­łam się, czy rok to tak naprawdę dużo czy mało. Przez ostat­nie 5 lat moje życie wyglą­dało bar­dzo podob­nie każ­dego roku. Stu­dia, dom, stu­dia, dom, stu­dia…. uwaga, uwa­ga… tak! Gra­tu­luje! DOM! (wygra­li­ście klik­nię­cie lajka pod tym postem). Wła­ści­wie to dość oczy­wi­ste, że czas mi wtedy dosłow­nie zapie­przał. Cho­ciaż sie­dząc na niektó­rych wykła­dach, powie­dzia­ła­bym pew­nie, że wręcz prze­ciw­nie, ale mniej­sza o to. Czy były to mono­tonne lata mojego życia? Nie, ale bar­dzo sta­bilne i ruty­nowe. Ale to wcale nie była zła rutyna. (Hej, chcesz prze­czytać o dobrej i złej ruty­nie?).

Ostatni rok prze­le­ciał mi jesz­cze szyb­ciej. Ale po raz pierw­szy mogę powie­dzieć, że zmie­niło się tyle, że cza­sami ludziom takie zmiany zaj­mują znacz­nie dłu­żej. Tak, na pewno nie mogę powie­dzieć, że był to nudny czy ruty­nowy rok – już total­nie abs­tra­hu­jąc od tego, czym jest rutyna. No i tak sobie usia­dłam, wła­ści­wie już jakiś czas temu i zaczę­łam się zasta­na­wiać jak to jest, że cza­sami rok potrafi tak strasz­nie dużo zmie­nić w życiu czło­wieka, a z dru­giej strony przez na przy­kład pięć lat nie dzieje się nic war­tego zapa­mię­ta­nia.

Pisząc „rok potrafi zmie­nić w życiu czło­wieka” nie mam na myśli tylko poważ­nych zmian typu nowa praca czy schud­nię­cie 20 kg. Owszem, są to duże zmiany – jedna z nich doty­czy nawet mnie, guess what! Oczy­wi­ście w moim przy­padku nie­wiele z tych rze­czy, które się zmie­niły były pla­no­wane. A już na pewno nie były one zawarte w posta­no­wie­niach nowo­rocz­nych. Pięk­nem ostat­nich zmian w moim życiu jest wła­śnie nie­pla­no­wa­nie ich. Ale jed­nak naj­pięk­niej­sze jest to, jak nie­które zmiany, które doko­nują się w tak krót­kim jed­nak cza­sie jakim jest rok, potra­fią cał­ko­wi­cie na nowo ukształ­to­wać czło­wieka.

Wła­śnie tak było w moim przy­padku. Wie­cie, ni­gdy nie wie­rzy­łam w karmę i całe to pie­prze­nie „ile dobra dasz tyle dosta­niesz”. Ale musia­łam jed­nak jakoś sobie zasłu­żyć na samo­istne speł­nie­nie moich naj­więk­szych marzeń. Bo wyobraź­cie sobie, że koń­czy­cie stu­dia, które z jed­nej strony są fajne ale z dru­giej strony zaczy­nają Was męczyć. Nie wie­cie zupeł­nie, co chce­cie robić dalej ze swoim życiem. Wtem, poja­wia się pewien pomysł. Pomysł na sie­bie i na tzw. wyma­rzoną pracę. Gdzie sło­wem klucz pozo­staje w Waszej świa­do­mo­ści: marze­nie. Raczej z tych, o któ­rych nie myśli­cie w kon­tek­ście moż­li­wych do speł­nie­nia. A rap­tem cztery mie­siące póź­niej, z ciśnie­niem milion i stre­sem milion razy milion jedzie­cie roz­po­cząć pierw­szy dzień w tejże pracy.

Nie, na pewno nie zamie­nię się teraz w coacha Mis­sin­som­nię i nie wykrzy­czę z całych sił „Hej, Ty! Do Cie­bie mówię! Marze­nia się speł­niają, możesz wszystko, tylko uwierz i dzia­łaj!”. Tak, marze­nia się speł­niają, tak trzeba cza­sem na nie zapra­co­wać. Ale według mnie marze­nia to zmiany. Na zmiany trzeba się przy­go­to­wać. I ze zmian trzeba wycią­gnąć odpo­wied­nie wnio­ski.

Tak, w moim życiu przez ostatni rok zmie­niło się cho­ler­nie dużo. Nie, nie będę wymie­niać o co cho­dzi, bo to nie jest blog w stylu „kochany pamięt­niczku”. I wie­cie, mie­wa­łam dni, mie­siące czy nawet lata kiedy było po pro­stu chu­jowo. Kiedy nie wie­dzia­łam co dalej. I oczy­wi­ście, to też było w pewien spo­sób kształ­tu­jące. Czę­sto sły­szymy „co Cię nie zabije to Cię wzmocni”. A moim zda­niem, naj­więk­szą miarą czło­wieka jest nie to, jak go kształ­tują porażki. Wręcz prze­ciw­nie, uwa­żam, że jeśli chce­cie kogoś tak bar­dzo dobrze poznać to przyj­rzyj­cie się, jak odnosi się do swo­ich suk­ce­sów i jak one go kształ­tują. Uwierz­cie mi – w tej sytu­acji staje się on dla Was otwartą książką.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *