Toksyczny związek blogowy

Tak, wró­ci­łam. Czy obie­cam Wam, że za jakiś czas znów nie pojawi się taki sam post, poprze­dzony kolejną prze­rwą na moim blogu? Nie. Czy jestem pewna, że tym razem dobrze się przy­go­to­wa­łam i zor­ga­ni­zo­wa­łam? Cóż, total­nie nie. Ale pró­buję i jeśli mam być szczera, to w tym momen­cie sku­piam się wła­śnie na tym.

Pew­nie wielu z Was, o ile kto­kol­wiek teraz to czyta, pomy­śli sobie, że jestem kolejną osobą, która ma posta­no­wie­nie nowo­roczne i stąd próba reak­ty­wa­cji bloga. Szcze­rze? Może­cie tak myśleć, droga wolna. Jeśli mam być cał­ko­wi­cie szczera, to dla mnie suk­ce­sem jest, że w ogóle mój blog i pod­ję­cie kolej­nej próby pisa­nia go, zaprząta Wam myśli w jaki­kol­wiek spo­sób.

Tym razem, nie zro­bię „spo­wie­dzi”, nie napi­szę co poszło nie tak i w jaki to magiczny spo­sób mam zamiar napra­wić błędy. Nie będę też wypi­sy­wać tutaj swo­ich pla­nów na to jak będzie wyglą­dał ten blog. Nie zro­zum­cie mnie źle, takie plany oczy­wi­ście powstały, wła­ści­wie to po raz pierw­szy zapla­no­wa­łam kon­kretne dni poja­wia­nia się postów, tematy oraz daleko idące dzia­ła­nia poza­blo­gowe. Nie chcę się nimi dzie­lić, bo sama nie­na­wi­dzę, kiedy ktoś nie dotrzy­muje słowa bądź obiet­nic. Dla­czego mia­ła­bym robić publicz­nie coś, czym sama gar­dzę? To byłaby tylko hipo­kry­zja w czy­stej postaci.

Doszłam do wnio­sku, że ja i mój blog tkwimy w lekko tok­sycz­nym związku. Mam nadzieję, że jed­nak takim, który będzie miał swój happy end, a nie poże­gnamy się raz na zawsze, praw­do­po­dob­nie przez śmierć jed­nej strony. (Spo­koj­nie, halo, po pierw­sze to meta­fora, po dru­gie mam na myśli śmierć bloga – usu­nię­cie, blo­ko­wa­nie i te sprawy, no). Bo widzi­cie, kiedy jeste­ście w tok­sycz­nym związku i na co dzień jest źle to i tak pró­bu­je­cie coś zmie­nić. Podej­mu­je­cie próby, roz­ma­wia­cie z drugą stroną i macie nadzieję na lep­sze jutro. U mnie jest pro­ściej, nasz zwią­zek jest w 100% zależny ode mnie. Więc dla­czego ten happy end cią­gle nie nad­szedł? A no wła­śnie, bo cza­sem taka walka z samym sobą jest trud­niej­sza niż z drugą osobą. Rzu­cam sobie pod nogi cią­głe prze­szkody, któ­rych tak naprawdę nie ma.

Prze­szkoda numer 1: sta­ty­styki. Rozwią­za­nie? Przez następny mie­siąc nie zaglą­dam w żadne Google Ana­ly­tics, reklamy Face­bo­oka i inne cuda. Po pro­stu piszę. To tak jak­bym wysy­łała drugą połówkę tok­sycz­nego związku na odwyk. Prze­szkoda numer 2: zor­ga­ni­zo­wa­nie. Rozwią­za­nie? Jak już wspo­mnia­łam, zapla­no­wa­łam następne dwa mie­siące, dzień po dniu. Krok po kroku, do cudow­nego happy endu. Prze­szkoda numer 3: moty­wa­cja. Rozwią­za­nie? Zasta­no­wi­łam się co mnie moty­wuje do pisa­nia bloga i czemu tak naprawdę tego chcę. Było ciężko, ale zna­la­złam odpo­wiedź. I podzielę się nią z Wami już nie­długo: )

Pracy jest dużo, wyma­gam od sie­bie dużo zmian i jesz­cze wię­cej poświę­ceń. Ale cel, który wyzna­czy­łam sobie na końcu moty­wuje na tyle, że jak nara­zie widzę w tym wszyst­kim sens. Dam Wam znać kiedy prze­stanę. Acz­kol­wiek domy­śli­cie się sami, kiedy prze­staną poja­wiać się nowe posty: )

One thought on “Toksyczny związek blogowy”

  1. Emi, widzieć sens w tym, co robisz to już naprawdę dużo. Życzę ci, aby ten sens pisania bloga był zawsze w zasiegu twoich oczu i rąk, czasami mniej, czasami bardziej, ale był 😉 Powodzenia!

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *